Business is business czyli jak przetrwać w pracy w Japonii

Życie w Japonii to jedno, ale praca to inny wymiar jestestwa. Przed naszym wyjazdem do Kraju Kwitnącej Wiśni, nikt, łącznie z nami, nie martwił się jak poradzę sobie w pracy. Owszem, zastanawialiśmy się jak będzie wyglądało nasze życie, zwłaszcza bez znajomości japońskiego, kiedy Maciek kupi bilet powrotny tylko dla siebie, bo nowa rola taty na cały etat go przerośnie, na ile starczy nam suchej krakowskiej zapakowanej do walizki. Zwykłe dylematy przyszłego emigranta. Ale czy i jak ja ogarnę pracę – zupełnie nie było kwestią naszych rozważań. Nooo może od czasu do czasu pojawiały się takie myśli, ale szybko były przeganiane przez bardziej istotne sprawy, jak na przykład zapas wyżej wspomnianej krakowskiej. W związku z tym, nie za bardzo też zagłębiałam się w biznesowe zasady i powinności obowiązuje w Japonii. Bardzo niesłusznie, bo jest ich wcale niemało. Zwłaszcza, że poznanie ich to jedno, a ogarnięcie do perfekcji, czego, oczywiście jeszcze nie zrobiłam, to drugie.

Ekscytacja posiadaniem wizytówki w języku japońskim z jednej strony (na drugiej widnieje nudne, angielskie tłumaczenie) przyćmiła zupełnie zignorowany fakt jej prezentacji nowo poznanej osobie. A ta do łatwych nie należy. Nie można jej bowiem ani nonszalancko, niczym wilk z Wall Street, przesunąć po stole. Nie można jej również, ot tak podać jedną ręką na stojąco, o pozycji siedzącej nawet nie wspominając. Podczas wymiany wizytówek istnieje cały szereg skomplikowanych zasad do przestrzegania, w mgnieniu oka zachęcający do anonimowości, bo w sumie po co komu wiedzieć jak się nazywam i co ja tu właściwie robię.

Przede wszystkim, wizytówkę trzeba mieć już naszykowaną do przekazania niemalże na parę dni przed spotkaniem. Nie ma mowy o wyciągnięciu jej naprędce z portfela, kieszonki marynarki czy przepastnej torby. Co to, to nie. Wizytówkę należy przekazać dwoma rękoma, trzymając ją za rogi nazwiskiem skierowanym przodem do osoby, której ją przekazujemy, przy jednoczesnym lekkim ukłonie. Wiem, zgadzam się, łatwiej złożyć najbardziej skomplikowany model krzesła z IKEA. Może dlatego wymiana wizytówek, do tej pory, idzie mi jak krew z nosa. Bo w końcu dawać swoją wizytówkę obiema rękoma i w tym samym czasie odbierać cudzą lekkie nie jest. Trochę brakuje górnych kończyn.

Dopiero co otrzymaną wizytówkę należy przeczytać i najlepiej zrozumieć, cokolwiek to oznacza. W dobrym tonie jest okazanie zainteresowanie nowo poznanej osobie zadając tzw. pytania pomocnicze. Lepiej jednak, żeby były one chociaż trochę sensowne, powiedzmy raczej w stylu: która ryba jest najczęściej eksportowana przez Państwa firmę do osoby zajmującej się sprzedażą towarów na rynki zagraniczne niż dlaczego nazywa się Pan tak samo, jak elektrownia atomowa, w której była awaria w 2011 do Pana Fukushimy. Czyli jednym słowem: najlepiej pominąć ten punkt, nie odzywać się wcale i za wizytówkę podziękować. Nie ma co z siebie robić pajaca. Będzie do tego jeszcze sporo okazji.

Wizytówki pod żadnym pozorem, nie można schować do portfela albo torby. Może to bowiem wzbudzić oburzenie albo kryzys międzynarodowy. Wizytówkę należy albo umieścić w etui na wizytówki albo położyć na stole, przy którym odbywa się spotkanie. Oczywiście, nie byle jak, a przodem do siebie. Można na nią zerkać, jeśli jest to konieczne, w trakcie rozmowy. Dyskretnie, bez zbędnego gapiostwa. Umiar, moi Drodzy, umiar. Na wizytówce nie można również pisać ani się nią bawić. Wizytówka to świętość, jeśli jeszcze byście się nie zorientowali. Myślę, że najlepiej oprawić ją w ramki i powiesić na ścianie. Ale jak kto woli.

Może ktoś się zgubił lub odniósł mylne wrażenie, więc przypominam: był to fragment o wymianie wizytówek, nie o odpaleniu rakiety NASA.

Mówienie „nie”

Japończycy mają pewną cechę, do której niezwykle ciężko się przyzwyczaić, zwłaszcza w pracy. A mianowicie nie mówią wprost słowa „nie”. Zwykła, konkretna odmowa nie istnieje. Użyją każdego innego sformułowania, grymasu twarzy, mowy ciała i telefonu do przyjaciela, żeby zasugerować, że coś jest niemożliwe do wykonania albo zaakceptowania. Jednak nigdy nie powiedzą słowa „nie”. Jest to dość kłopotliwe, a przede wszystkim rodzące nieporozumienia, zwłaszcza na początku japońskiej kariery. Jednak po pewnym czasie, człowiek tak się wyćwiczy, że z ruchu lewej brwi jest w stanie wyczytać, że po prostu „tak se ne da”. Koniec kropka. Szlag bombki trafił. Nie ma co drążyć.

Pukanie do drzwi

Pukanie do drzwi to najbardziej szalony japoński zwyczaj związany z pracą. Pukać w pracy w drzwi bowiem trzeba non stop, wszędzie, bez względu na to czy są to drzwi tradycyjne czy przesuwane, do kuchni, do magazynu, do biura czy do toalety. Pukaj, a będzie Ci dane. Ale hola, hola. Nie można pukać ile razy się chce. Dwa puknięcia służą do otworzenia sezamu toaletowego, a trzy – każdego innego. Warto doprecyzować, że nie puka się po to, żeby ktoś powiedział proszę. Zwłaszcza, jeśli puka się do miejsc typu wspólna pracowa kuchnia czy inne pomieszczenie, jak magazyn albo składzik. Puka się, bo może akurat kolega z sąsiedniego biurka w tym pomieszczeniu robi coś wstydliwego albo stoi zaraz po drugiej stronie i gwałtowne otwarcie drzwi spowodowałoby trwały uszczerbek na jego zdrowiu. Tak czy siak, puka się zawsze. Nawet jak wiadomo, że po drugiej stronie nie ma nikogo. Bo może jednak jest. Takie życie.

Przyznam, że z pukaniem nadal mam problem. Dziwnym trafem często wylatuje mi z głowy. Jednak za każdym razem kiedy o nim zapomnę, nerwowo rozglądam się w celu sprawdzenia czy aby nikt nie zauważył mojego wstydliwego występku. Czasem w żenujący sposób staram się zatuszować to uchybienie, pukając w cokolwiek, nagle, żeby, w razie czego powiedzieć: no przecież puknęłam. Uwłaczające, ale strach przed nietaktem robi swoje.

Spotkania

Wpadanie do sali konferencyjnej lub innego miejsca, w którym odbędzie się spotkanie i zasiadanie gdziekolwiek się podoba jest, delikatnie mówiąc, kolosalnym nietaktem. Nikt o tym nie mówi, ale z góry każdy wie, jak będzie wyglądało usadzenie uczestników spotkania przy stole. Japonia to bardzo hierarchiczne społeczeństwo i każdy musi znać swoje miejsce w szeregu, również podczas spotkania biznesowego. I tak, najwyższa rangą osoba zasiada w centralnym miejscu, tzw. kamiza i co szalenie istotne, jak najdalej od drzwi. Zasada jest bowiem prosta: im bliżej drzwi, tym mniej ważna jest dana osoba. Jeśli więc trafi Wam się japońskie spotkanie i zostaniecie usadzeni obok nich, jest to jasny sygnał, że na razie nie ma się co odzywać, a przed Wami jeszcze wiele szczebli kariery do przebrnięcia. Ale nie ma co się załamywać. W końcu zawsze mogło być gorzej, na przykład za drzwiami.

Ukłony

Kłanianie się w Japonii to wyraz szacunku i ma takie samo zastosowanie jak czekoladki Merci na Zachodzie, czyli wyraża więcej niż tysiąc słów. A zatem ukłonem można podziękować, przeprosić, okazać szacunek, przywitać się, pożegnać się, pogratulować, wyrazić podziw, rozpocząć spotkanie, zakończyć spotkanie. Jednym słowem, jak nie wiadomo co zrobić, to trzeba się kłaniać. Przynajmniej taką zasadą kieruję się ja. Ciężko jednak powiedzieć czy działa.

Są trzy typy ukłonu:

  • eshaku: szybki, nieformalny, o nachyleniu 15 stopni: służy do powitania albo podziękowania;
  • keirei: formalny, o nachyleniu 30 stopni: używany w trakcie spotkań biznesowych;
  • saikeirei: najbardziej formalny na świecie, o nachyleniu 45 stopni: do przeproszenia za przewinienia ciężkiego kalibru tudzież do wyrażenia głębokich, pozytywnych uczuć.

Zasada jest prosta: im dłużej trwa ukłon, tym więcej szacunku się okazuje. Na szczęście, nikt nie liczy (chyba) czy aby stopnie dokładnie się zgadzają, więc można odpuścić noszenie ze sobą kątomierza laserowego. Chociaż, nie powiem, kusi. Warto jednak, przed spotkaniami biznesowymi przetrenować te 30 stopni. Kłaniać bowiem trzeba się zawsze na pożegnanie i powitanie, a także w trakcie, w zależności od tego jak bardzo spieprzyło się sprawę. Szansa więc na uniknięcie tego w 100% japońskiego zwyczaju praktycznie nie istnieje. W przypadku kiedy pożegnanie odbywa się z udziałem windy, niezwykle istotnego aktora tego przedstawienia, ukłon należy wytrzymać do momentu jej zamknięcia się. Bez podglądania! Nie wiem jak sprawa ma się w przypadku zacięcia się drzwi lub innych niewpływających korzystnie na całą sytuację awarii. Niemniej jednak, istnieje ryzyko obowiązku pozostania w tej samej pozycji do momentu usunięcia usterki.

Można mieć wrażenie, że praca w Japonii to wieczne pukanie do drzwi, kłanianie się i ciągła walka o nie skompromitowanie się. Wrażenie nie jest mylne. Dokładnie tak wygląda praca w Kraju Kwitnącej Wiśni. Przynajmniej na początku. Co gorsza, powyższe zasady nie są wszystkimi obowiązującymi w pracy w Japonii. Jest ich bowiem cała masa. Nie sposób ogarnąć wszystkich, ale zrozumienie, zapamiętanie i stosowanie powyższych pięciu będzie już i tak olbrzymim sukcesem, o którym ja, po półtora roku w Japonii, nadal marzę.

3 Replies to “Business is business czyli jak przetrwać w pracy w Japonii”

  1. To, co opisujesz przypomina to, co przeczytałam w „Z Pokora i Uniżeniem” i „Narzeczonym w Tokio”. Fajnie o tym poczytać, ale ja bym się chyba pochlastała. Wiadomo, że różnice kulturowe itp itd, ale ja nawet czuję, że Polska trochę mi tłamsiła osobowość, a co dopiero taka Japonia 😉

    1. Osobowość? A co to takiego? 😉 Lekko nie ma, ale teraz i tak już jest lepiej niż na początku. W Japnonii liczy się dobro ogółu więc takimi „pierdołami” jak osobowość to nikt się nie przejmuje 🙂

  2. Wyraża więcej niż tysiąc słów to było Rafaello ☺️

Dodaj komentarz