Jordania z dziećmi: Petra, Akaba, Amman i Dżarasz

W Jordanii byliśmy tydzień. Spędziliśmy noc na opisywanej już pustyni Wadi Rum oraz dwie nad morzem Martwym. Ale do zagospodarowania mieliśmy przecież jeszcze cztery! Świat i ludzie 🙂 No to gospodarowaliśmy i szczerze powiedziawszy, byliśmy dumni z naszego ambitnego planu zwiedzania na zaledwie 8 dni. Dopóki nie dowiedzieliśmy się, że niektórzy rodacy napotkani na trasie (a spotkaliśmy ich całkiem sporo), nasz plan zwiedzania ogarniają w cztery dni. Cztery! Wtedy poczuliśmy się jak lamusy. Dlatego też z każdą taką kolejną rozmową, zamienialiśmy się w Januszków podróży i dokładaliśmy kolejnych atrakcji. Tym sposobem plan zmieniał się nieustannie i oprócz wspomnianych już dwóch miejscówek oraz oczywistej wizycie w Petrze, odwiedziliśmy też Akabę, Amman i Dżarasz. Troszkę wstyd, że aż w tyle dni, ale byliśmy z dziećmi. Więc jesteśmy połowicznie usprawiedliwieni 🙂

Petra

Tytułem wstępu: Petra, a właściwie ruiny miasta, to jedna z najpopularniejszych archeologicznych atrakcji turystycznych na świecie. Wykute w skale miasto, którego data powstania nie jest znana, od I wieku p.n.e. było stolicą Nabatejczyków. Po różnych zawirowaniach (trzęsienie ziemi w IV wieku n.e. i zmiana dróg handlowych) miasto w VII wieku właściwie opustoszało. W 1812 roku zostało odkryte przez szwajcarskiego podróżnika i od tego czasu, każdego roku, przyciąga rzesze turystów (no chyba, że akurat trwa pandemia). Popularność Petry w momencie przekroczenia jej progów przestaje dziwić, bo ruiny miasta robią OGROMNE wrażenie. I Caps Lock nie jest tutaj przypadkowy.

Ale jak właściwie zwiedzać Petrę?

Na Petrę mieliśmy ambitny plan, który zakładał pobudkę o 6 rano, śniadanie i zwiedzanie zanim zrobi się gorąco. Tak przynajmniej odgrażał się Maciek jeszcze w Polsce, po przeczytaniu porad w Internecie. W Jordanii, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, zmienił zdanie. Najprawdopodobniej, poranny lot poprzedniego dnia i fakt, że w Jordanii czas jest nieco inny niż w Polsce (-1h) zmieniły jego ambitne założenia. A to wszystko miało miejsce jeszcze zanim wybraliśmy się wieczorem, w dniu przyjazdu, na krótki spacer do Petra Visitor Center, z którego startuje się na zwiedzanie ruin miasta. Tam bowiem okazało się, że najciekawsza dla nas trasa to jest kilka dobrych godzin (przynajmniej 4, a najlepiej z 6) i że jest ich właściwie kilka. A tym samym, że na spokojnym zwiedzaniu Petry można spędzić cały dzień. Szybko i trzeźwo oceniliśmy sytuację więc jasne okazało się, że na trasę, na którą mamy chęć, niekoniecznie chęć będą miały nasze dzieci. Albo nasze ręce i plecy jeśli będzie trzeba je nieść. Postanowiliśmy więc, że na luzie wstajemy następnego dnia i przejdziemy tyle, ile damy radę. Bez ciśnienia. Oczywiście, wewnętrzny Januszek podróży korcił, żeby porwać się na najdłuższą trasę, ale na szczęście udało się go ujarzmić. I tutaj ważna informacja dla rodziców: wózek w Petrze się nie przyda. Chyba, że taki do biegania. Zwykły odpada. Sprawdzone info (zabraliśmy ze sobą pożyczony, zwykły wózek; na co dzień używamy takiego do biegania właśnie) mimo że Pan z Informacji Turystycznej twierdził, że luz, spokojnie, będzie szedł jak burza. No nie szedł. Chociaż bardzo chcieliśmy. Niech więc Was nie kusi zabierać do Petry wózek. Nosidło to jedyna i słuszna opcja. Dostępne trasy można znaleźć tu. Cena wstępu na jeden dzień to 55 JOD (około 300 PLN, jest też bilet na 2 i 3 dni), ale wejście do Petry jest bezpłatne w ramach Jordan Pass’a.

No, thank you

Przed wejściem do Petry warto przetrenować słowo „nie”. W wersji bardziej uprzejmej „nie, dziękuję”. Ponieważ będzie go trzeba użyć jakieś 876 razy. Na propozycję jazdy osiołkiem lub wielbłądem przedstawioną przez 40 różnych osób (chyba, że ktoś lubi się znęcać nad zwierzętami), na propozycję zdjęcia na obwieszonym ozdobami wielbłądzie, na propozycję kupna pocztówek, na propozycję kupna pamiątek na straganach, na propozycję wejścia na „tajemne” miejsce Instagramowych fotek, na propozycję przejechania elektrycznym wózkiem…. Czasem nie wiadomo czy jest się bardziej zmęczonym upałem czy wiecznym odmawianiem propozycji lokalesów… Ale cóż… takie prawa rynku. Na szczęście widoki w Petrze rekompensują te wieczne odmowy. No i warto szukać we wszystkim pozytywów: można poćwiczyć angielski 😉

Gdzie spać: przy ruinach Petry jest małe miasteczko Wadi Musa. To tu znajdują się wszystkie hotele i większość restauracji. Petra tak naprawdę to jeden wielki zabytek, a zwykłe życie toczy się właśnie w Wadi Musa. My na nocleg wybraliśmy hotel Silk Road (60 JOD za dobę ze śniadaniem (około 330 PLN), chociaż spokojnie mogliśmy wziąć tańszy pokój z dwoma, a nie trzema łóżkami). Dojście z hotelu do Petra Visitor Center niespiesznym krokiem zajęło nam 10 minut. Śniadanie szału nie zrobiło, ale pokoje były czyste. Chociaż widać, że hotel lata świetności ma już za sobą. Warto wiedzieć, że w Petrze znajdują się też beduińskie campy, w których można przenocować.

Gdzie jeść: na terenie samej Petry jest kilka restauracji. My jedliśmy poza ruinami, czyli w sąsiadującym miasteczku Wadi Musa. Na posiłki polecamy klimatyczne My Mom’s Recipe z przemiłą obsługą, fajnym klimatem i świetnym jedzeniem. Jordan Heart było też ok, chociaż zdecydowanie gorzej położone.

Akaba

Do Akaby, w pierwotnym planie, nie mieliśmy w ogóle jechać. Ale każdy z kim rozmawialiśmy polecał odwiedzić to nadmorskie miasto. No to się skusiliśmy. I tak całkiem serio, to była jedyna zmiana naszych wstępnych planów 🙂 Akaba położona nad Morzem Czerwonym jest głównym portem Jordanii. I to nie byle jakim, bo ze strefą wolnocłową. Jak w Jordanii kupować alkohol, to tylko tam 🙂 Może dlatego wszyscy rodacy z taką sympatią mówili o Akabie 🙂 Ale nie tylko po procenty jedzie się do Akaby. Pobliska rafa koralowa jest ponoć jedną z najpiękniejszych, a jej podziwianie wcale nie takie kosztowne. My z racji składu i trochę chęci odpoczynku po mocnym starcie (w ciągu dwóch dni zaliczyliśmy Petrę i Wad Rum), uznaliśmy, że zadowolimy się lamerskim snorkelingiem. Nie będziemy się więc wymądrzać o nurkowaniu, ale Ci co byli, mówią, że urywa właściwie wszystko. Sami skupiliśmy się na jedzeniu i zwiedzaniu lądu. I to miejskiego. Bo, jak się szybko okazało, na plażowanie w Akabie i okolicach nie ma co liczyć. To znaczy można, o ile lubi się zaśmiecone plaże z brzydkim piaskiem wymieszanym z kamykami. Oraz gustuje w kamienistych zejściach do morza. Jak łatwo można się domyślić, my do tej grupy nie należymy. Ponoć piękne plaże można znaleźć przy hotelach. Ale wiadomo, że są to plaże prywatne, dodatkowo płatne i… sztucznie wystylizowane do ładnych zdjęć. Prawdziwe oblicze wybrzeża jest jakie jest. Czyli chujowe 🙂 Zapewne dlatego większość hoteli ma baseny, z których goście korzystają chętniej niż z kąpieli morskich. Szkoda tylko, że w październiku woda jest w nich zimniejsza niż w morzu…

Ale wracając do samego miasta, zdecydowanie jest warte odwiedzenia. Zwłaszcza jeśli lubi się arabski klimat dużych miast. My uwielbiamy, więc szwendanie się po pełnych lokalesów ulicach sprawiało nam ogromną frajdę. Ewidentnie turystów do Akaby nie dociera aż tak wielu, jak mogłoby się wydawać. Lub kończą na wizytach w sklepach z alkoholem 🙂 Bo kiedy raz się rozdzieliliśmy: ja udałam się z synem szybciej na souvenirowe zakupy, a Maciek szedł za nami wolniej z córką w wózku, każdy sklepikarz po kolei informował go, że właśnie co mijaliśmy jego sklep i jesteśmy dosłownie parę kroków przed nim. Zdecydowanie czułam się bezpiecznie 🙂 W Akabie wart uwagi jest meczet Sharif Hussein Bin Ali, do którego mogą wchodzić turyści. Kobiety po uprzednim okryciu się (strój do wypożyczenia na miejscu). Niestety, nam nie się nie udało. Mieliśmy chyba cztery podejścia w dwa różne dni: za każdy razem trafialiśmy na modlitwę. Za to dwukrotnie jedliśmy kolację z widokiem na meczet z zachodzącym słońcem w tle. I choćby dla tego widoku, warto odwiedzić Akabę.

Gdzie spać: wybraliśmy hotel Al Marsa znajdujący się pod Akabą, 10 minut samochodem. Cena: 110 JOD (około 600 PLN) za dwie noce ze śniadaniem, przy czym każda była w innym pokoju o różnej cenie 🙂 Obydwa czyste, chociaż łazienka bez szału – poprawna 🙂 Bardzo lokalny klimat (turyści są raczej w sąsiednich, nieco tańszych hotelach), fajne patio, smaczne, różnorodne śniadanie. My pojawiliśmy się bez rezerwacji, obejrzeliśmy trzy hotele w okolicy i wybraliśmy ten. Mieliśmy zostać jedną noc, zostaliśmy dwie, przy czym druga, po wyjątkowo krótkiej negocjacji skwitowanej zwięzłym: „jak mógłbym odmówić” była tańsza.

Gdzie jeść: restauracje Hashem Son’s oraz Al Shami, obie na tyłach meczetu. Obie w dobrej cenie z pysznym jedzeniem. Zdecydowanie do polecenia! Po posiłku można połazić w okolicy, poszwendać się po lokalnym targu i poczuć trochę klimat arabskiego wieczoru w męskim wydaniu.

Amman

Amman był na naszej liście od początku, choć dwudniowa wizyta finalnie skurczyła się do popołudnia. W Ammanie udało nam się więc zwiedzić tylko Teatr Rzymski oraz centrum. Ale to w zupełności nam wystarczyło. Zresztą w Ammanie nie zależało nam na odhaczaniu po kolei atrakcji turystycznych. Chcieliśmy połazić po mieście i poczuć jego klimat. Udało się. Ponoć turystów w Ammanie jest jak na lekarstwo. A szkoda. Bo można tu doświadczyć kwintesencji arabskości: jest głośno, kolorowo i smacznie. Zresztą w małych miastach i głównych punktach turystycznych ciężko o choćby lokalne targi, a tutaj suków do koloru do wyboru. No i na Amman przypadł też nasz ostatni wieczór, czyli misja najedzenia się na zapas. Nie udało się, rzecz jasna. Ale walczyliśmy dzielnie.

W Ammanie na uwagę zasługuje też niebieski meczet króla Abdullaha I, który mogą odwiedzać turyści. Podobnie jak w Ammanie, kobiety przed wejściem muszą wypożyczyć stroje do zakrycia się.

Gdzie spać: w centrum nie ma nowoczesnych hoteli, po te trzeba przejechać się do tzw. New Town. Centrum to przede wszystkim stare, wąskie budynki i leciwe przybytki. Nam zależało na bliskości do centrum więc zdecydowaliśmy się na pozostanie w tej części miasta i hotel Zaman Ya Zaman, który rezerwowaliśmy tego samego dnia (siłą rzeczy, wybór był już mocno ograniczony). W hotelu spędziliśmy tylko noc i w takiej opcji jest on ok. Na dłużej nie polecam, bo standard do najwyższych nie należy. Czuć, że wieki (nawet nie lata!) świetności już za nim. Warto wiedzieć, że w hotelu nie ma normalnych kołder, tylko samo prześcieradło, za czym ja akurat nie przepadam. Plusem jest śniadanie z widokiem na Teatr Rzymski. Przy czym samo śniadanie już do plusów nie należy. Ot, poprawne. Jak relacje zięcia z teściową, czyli przy kolejnej żonie poproszę też o inną teściową.

Gdzie jeść: po Ammanie oprowadzała nas Emilia. Bidula zobaczyła jak to jest zwiedzać duże miasto z wózkiem i dwójką dzieci 🙂 Emilia zaprowadziła nas do świetnej knajpy, ale, żeby dowiedzieć się do jakiej, to trzeba się z Emi umówić na zwiedzanie, bo to jej sekretne miejsce 🙂 Ja tylko mogę powiedzieć, że jest idealna do realizacji planu: najeść się jordańskiego jedzenia na zapas.

Dżarasz

I rzutem na taśmę wspomnę o Dżarasz (Jerash), mieście znajdującym się około 50 km od Ammanu, które jest jednym z największych i najlepiej zachowanych rzymskich miast na świecie. Wejście do Dżarasz jest bezpłatne z Jordan Pass’em. I tu znowu chodzenia jest sporo. Spokojnie można w Dżarasz spędzić co najmniej pół dnia, a nawet i cały. Chociaż w październikowej temperaturze nawet te kilka godzin z dziećmi było nie lada wyzwaniem. Ruiny miasta nie są w żaden sposób osłonięte. Jednym słowem: jest tam patelnia. Obok ruin można kupić pamiątki i wypić sok z granata 🙂 (koniecznie spróbujcie w sezonie!). Zaraz przed wejściem (obok parkingu) i na terenie samych ruin są restauracje. Ale na szybką przekąskę polecamy shawarmę z knajpy Awtar w Nar znajdującej się niedaleko ruin, gdzie zjedliśmy najtańszy posiłek w Jordanii: shawarma za 2 JOD (około 11 PLN) za sztukę. Aż żal było nie zjeść kilku 😉 Jeśli już skusicie się na wizytę w Ammanie, warto zahaczyć o Dżarasz. I wcale nie tylko dla tej shawarmy 😉

Dodaj komentarz