Szorty – sierpień

Krótkie, nierzadko mrożące krew w żyłach historie z życia wzięte, zebrane w jednym miejscu.*

Camping

Jezioro Motosu, jedno z pięciu jezior leżących u podnóża północnego zbocza góry Fudżi. Jezioro Motosu zostało umieszczone na rewersie banknotu 1000 Yenów (rownowartość około 35 złotych – banknot o najniższej wartości w Japonii). Jesteśmy na campingu. Kupiliśmy sobie niemalże luksusowy namiot z opcją fresh and black. „Black” owszem, tak w nim ciemno, że jak się drapiesz po tyłku to nie wiesz czy na pewno po swoim. Jednak z „fresh” ktoś grubo popłynął. Wystarczy napisać, że o 7:30 byliśmy już po dwóch kąpielach w jeziorze.

A wracając, miało być luksusowo, bo kupiliśmy sobie nawet małą lodówkę i zabraliśmy 2 krzesełka (wprawdzie balkonowe, ale tutaj nikt o tym nie wie. Ale zapomnieliśmy, że jesteśmy w Japonii. Tu nic się nie robi na półgwizdka, tutaj wszystko robi się z przysłowiowym „pierdolnięciem”: full wyposażenie, łącznie z ozdobnymi światelkami, zapewne w celu dodania szyku i splendoru, namioty jak pół średniej wielkości kawalerki, a do tego namiot, nazwijmy go dziennym, do odpoczynku w ciągu dnia. Oczywiście do tego deski do stand up paddle, kajaki i dmuchane zabawki.

A obok my: z dwoma krzesełkami z balkonu, jednymi japonkami na spółę (bo Maciek zapomniał swoich, a w wodzie kamienie) i (nie ma sie co oszukiwać) za małą lodówką. Pewnie rzeczy nigdy się nie zmieniają. Ale widok jest piękny.

Trzesięnia ziemi

Między powiadomieniami z Fejsa o urodzinach Grażyny a ❤️ pod postem na Insta, mieszkając w Japonii można zobaczyć też takie komunikaty. Na początku myślisz gdzie się schować, zapominając, że trzeba pod stołem a nie w toalecie, bo w razie czego biegunka ze strachu będzie Twoim najmniejszym zmartwieniem. Po paru miesiącach przyjmujesz to już ze stoickim spokojem i traktujesz jak w Polsce szarówę za oknem przez 10 miesięcy w roku. Chyba, że zatrzęsie się tak, że życie przelatuje Ci przed oczami.

W Japonii rocznie jest około 1500 trzęsień ziemi. Wiele z nich jest niewyczuwalnych. Skala określająca siłę trzęsienia jest 7-stopniowa. Jeśli zapowiada się duży wstrząs, to wówczas w telefonie włącza się autmatyczny alarm (nie jakaś tam zainstalowana apka) i wyje jak wlasna matka nawołująca na powrót z podwórka o 22:00 w wakacyjny wieczór.

Rada jaką dostaliśmy: w razie czego, otwierajcie drzwi i róbcie to, co sąsiedzi. Biorąc pod uwagę flegmatyzm Japończyków, wolałabym zostać w toalecie. Ale cóż, zachiało się mieszkać wśród Japończyków, to trzeba krakać jak i one. Czy jakoś tak.

Camping podejście drugie

Drugi weekend z rzędu na campingu. Chyba powoli stajemy się weteranami. Dlatego też wcale niepowoli myślimy o wydaniu e-booka o podróżach pod namiot. Oczywiście nie tylko w Japonii.
Tym razem jest bardziej offowo więc nie wyglądamy na nieprzygotowanych bez kuchenki gazowej, profesjonalnego grilla, stołu, biwakowych krzesełek, dziennego namiotu, stylowych lampek i 5 turystycznych lodówek.

Beznadziejny tydzień rekompensuje piękny widok prosto z namiotu z opcją fresh&black. A w ogóle to jest jakby luksusowo, bo każdy ma swoją parę klapek, a do tego bąbelek dumnie dryfuje zrelaksowany na swoim kole za 100 Yenów (czyli jakieś 3,50 PLN). Nie ma co, tak trzeba żyć!

Obon

W Japonii trwa teraz Obon czyli buddyjskie 3-dniowe święto upamiętniające zmarłych. Ni mniej, ni więcej, nasz rodzimy, poczciwy, listopadowy grobbing w nieco bardziej rozbudowanej i weselszej atmosferze. Wprawdzie z racji pogody Japonki nie pochwalą się w trakcie Obon nowym futrem i kozaczkami, ale fikuśnym kimonem już jak najbardziej.

Japończycy z okazji Obon zamykają firmy i co poniektórzy idą w melanż nawet na cały tydzień. Obon, obok Nowego Roku i Golden Week (taka nasza majówka) jest jednym z trzech okresów w ciągu roku, kiedy Japończycy podróżują, wracają do rodzinnych stron, lansują się na campingu czyli po prostu NIE PRACUJĄ. A taki stan u Japończyka jest stanem nienaturalnym. Bo Japończyk wzięcie urlopu uważa za ZŁO. I nie mam tu na myśli miesięcznej wyprawy do Europy. Statystyczny Japończyk wybiera jedynie połowę przysługującego mu płatnego urlopu, a mówimy tutaj o zaledwie kilku dniach. Powód? Poczucie winy za dodatkowe obowiązki dla zostających w pracy kolegów, czyli dokładnie to, czego nie czuje Polak wyjeżdżający na urlop.

Teoretycznie, pracodawca mógłby się zmartwić, bo za niewykorzystany urlop trzeba zapłacić. Na szczęście, w Japonii nie ma takiego wymysłu kapitalizmu jak L4. Każdy dzień choroby potrącany jest z płatnego urlopu. Jeśli takowego już się nie ma, to za dzień choroby nie dostaje się wypłaty. Także jakoś te dni wolne, których pracownik nie wykorzysta na odpoczynek, można od niego wyrwać dzięki chorobie.

Wprawdzie Japończycy „oszukują” system i rzadko kiedy chorują. Ale na całe szczęście w zimie panuje grypa i trochę przesiewa niepokorne towarzystwo razem z ich dniami wolnymi.

Finalnie, wilk syty i owca cała.

Kto przetrwa tę szkołę życia, na późnej emeryturze może poklikać zdjęcia na wycieczce promowanej hasłem typu „15 europejskich stolic w 7 dni”, bo Japończyk nie jest człowiekiem, który jest skłonny tracić cenny czas, ani w chorobie, ani w podróży, ani na emeryturze.

Do you speak English?

Jeśli marzysz o wyjeździe dalej niż do Ciechocinka, ale stresuje Cię brak znajomości języka angielskiego, to Japonia jest dla Ciebie idealnym kierunkiem. W Japonii bowiem, znajomość angielskiego nie jest potrzebna, bo Japończycy po angielsku i tak nie mowią.
Pokusiłabym się nawet o stwierdzenie, że znajomość angielskiego może być przeszkodą, wprowadzać niepotrzebny chaos i zawyżać oczekiwania co do faktycznej mozliwości porozumienia się.

Wprawdzie na lotnisku, z tropu może zbić wielki napis „welcome to Japan”, ale spokojnie, to tylko zaslona dymna. Już po pierwszej rozmowie można się zrelaksować, bo ewidentnie, nawet w ogłoszeniach o pracę do obsługi podróżnych na lotnisku, angielski nie jest w wymaganych umiejetnościach, a jedynie w rubryce „mile widziane”. I to pewnie też nie zawsze.

Oczywistym jest więc, że jeśli w Japonii chce się zamieszkać, japoński warto znać. W innym razie człowiek się umęczy, nawkurza i poczuje oszukany („ucz się dziecko angielskiego, ucz; na całym świecie się dogadasz”). Dlatego też my, jako przedstawiciele najbardziej uciemiężonego narodu na świecie, którzy martyrologię wyssali z mlekiem matki, ażeby nie zapomnieć o swoich korzeniach, japońskiego nie znamy.

Vending machines

Nie świątynie, nie gejsze, nie samuraje, a automaty sprzedażowe tzw. vending machines to prawdziwy krajobraz Japonii.
Ponoć w Japonii jest ich około 5,52 milliona, czyli jedna przypada na 23 mieszkańców.

2,56 milliona to automaty z napojami: zimnymi i uwaga (!) ciepłymi. Przy czym te ciepłe też mogą być w butelkach. Nieźle, co? 😜

Tutaj sprytnie wplotę kolejną informację z serii ciekawostki o Japonii, w Japonii nie wypada jeść na ulicy. Do jedzenia wymyślono specjalne miejsca i nazywają sie restauracjami.

Także z głodu na ulicy możesz umrzeć, ale z pragnienia na pewno nie. Zresztą przy takiej ilości maszyn z napojami nawet nie wypada.

Rocznica ślubu

6 lat minęło, a umęczył się człowiek jakby zleciało conajmniej 20.

Sukcesy:
✔️nikt nikogo nie zabił, mimo nierzadkiej ochoty na sięgnięcie po ostre narzędzie
Porażki:
✔️nikt nikogo nie zabił, mimo nierzadkiej ochoty na sięgnięcie po ostre narzędzie
Nie wiem czy bardziej mnie zaskakuje fakt, że dotrwaliśmy do 6 rocznicy czy że obchodzimy ją w Japonii 🤔

To najładniejsze zdjęcie jakie mi kiedykolwiek zrobiono, więc uznajmy, że w pełni rekompensuje brak małżonka. Zresztą nie oszukujmy się, Pan Młody i tak nigdy nikogo nie interesuje.

Maszyna do gotowania ryżu

W Japonii tylko lamusy (czyli my) gotują ryż w garnku. Każdy szanujący się człowiek ma do tego specjalne urządzenie. Żeby nie było, ryż w takim urządzeniu wcale szybciej się nie gotuje. Zresztą Japończykom nigdy nigdzie się nie spieszy więc szybkie gotowanie ryżu mogłoby tylko zaburzyć ich naturalny porządek. Ryż po prostu gotuje się sam, niespiesznie dchodząc do idealnej konsystencji i temperatury. Dla nas może to wydawać się banalne, ale Japończykowi źle ugotowany ryż może mocno spierdolić dzień.
Warto dodać, że takie urządzenie, utrzymuje odpowiednią temperaturę i ryż przez kilka godzin pozostaje ciepły. Jest to jedna z podstawowych funkcji. Biorąc pod uwagę rozpiętość cenową tego sprzętu, śmiem podejrzewać, że z high endowych modeli można zadzwonić do ciotki z Hokaido.

Pierwszy model urządzenia do gotowania ryżu wypuszczono na rynek w 56 r. 4 lata później połowa japońskich kobiet mogła pochwalić się takim sprzętem na kole gospodyń wiejskich.

Ponoć jak raz zaczniesz używać urządzania do gotowania ryżu, Twoje życie już nigdy nie będzie takie samo. Jeszcze nie jestem gotowa na taki PNR (dla niewtajemniczonych: Point of No Return), ale jeszcze wszystko przede mną. No… może nie wszystko, ale rozpoczęcie używania urządzenia do gotowania ryżu tak. A w pewnym wieku, nawet takie banały brzmią jak zapowiedź czegoś ekscytującego i powodują, że człowiek czuje się jak król życia.

Poszukiwanie życiowego partnera

Jeśli szukasz męża to odpuść sobie Japonię. Ponoć dla Japończyków zachodnie kobiety mają zbyt silną osobowość. Po prawdzie pewnie chodzi o to, że nie potrafią przygotować odpowiedniej kąpieli, ale nie ma co drążyć tematu.

Za to, jeśli jesteś facetem, nawet (a zwłaszcza) takim, który nawet na Tinderze nic nie może zdziałać, to rzucaj robotę, pakuj walizkę i przyjeżdżaj do Japonii! Będziesz wyrywał lachony jak sadownik jabłka pod Grójcem we wrześniu. Japonki uwielbiają facetów z zachodu. Nawet jeśli tym zachodem jest Polska.

Aaa zapomniałabym o dwóch szczegółach: ✔️w Japonii mąż oddaje całą pensję żonie (spokojnie, małżonka odpala kieszonkowe, niewielkie, ale na onigiri starczy) ✔️po narodzinach dziecka mąż na noc, na stałe, ląduje na kanapie.

Możesz poczuć się zniechęcony, ale pamiętaj, że zarówno 1-wsze jak i 2-gie może Cię też spotkać w przypadku żony z Polski. A co się najesz onigiri to Twoje.

Wypożyczalnia filmów DVD

Pewnego dnia w 2018 roku, co nie jest bez znaczenia w tej historii, znajoma Japonka, podekscytowana jak Janusz przed wyprzedażą Crocsów w Lidlu, powiedziała mężowi (mojemu, nie swojemu), że zabierze go do niesamowitego miejsca. Że pokaże mu coś takiego, że mózg mu spłonie na miejscu.

Cena była wysoka, ale jak wiadomo, nie ma ryzyka, nie ma zabawy. Maciej układał w głowie przeróżne scenariusze. Podskórnie czuł, że zobaczy coś, czego nie da się już odzobaczyć.

Kiedy dotrali na miejsce (w 2018 r.) a emocje sięgały zenitu, weszli do pomieszczenia, które okazało się świetnie prosperującą, pełną klientów wypożyczalnią filmów DVD.
Kurtyna.

Przekleństwa

W języku japońskim nie ma wielu przekleństw. To znaczy są, ale zakopane gdzieś głęboko w japońskiej świadomości i wyciągane tylko przez największych zbirów z yakuzy.

Odpowiednik naszego swojskiego „kurwa”, który wyraża więcej niż tysiąc słów, używany jest bardzo rzadko. A już na pewno nie można go usłyszeć ot tak, na ulicy, bo jegomość wyjebał, przepraszam, potknął się o krawężnik albo wylał sobie kawę na koszulę.

Co to oznacza? Ano ni mniej ni więcej tyle, że jakby Patryk Vega kręcił po japońsku, to jego filmy byłyby nieme (na czym zyskaliby wszyscy).

Kolejki

W Japonii, stanie w kolejce to sztuka. Nie usłyszysz w niej „co się Pan, kurwa, pchasz” albo, w najlepszym wypadku od bardziej powściągliwego obywatela ”Pan tu nie stał” (w domyśle jednak „co się Pan, kurwa, pchasz”). Tutaj wszystko odbywa się w przyjaznej atmosferze: nikomu się nie spieszy, wszyscy są dla siebie mili, jesteśmy jedną wielką kolejkową rodziną. Istny zen. Zen w kolejce. W Polsce (i chyba w każdym innym miejscu na świecie) – oksymoron.

Nie myślcie, że ta kolejka jest do czegoś ekscytującego. Owszem, może być do świetnej knajpy albo atrakcji turystycznej, ale równie dobrze może być do sklepu spożywczego w celu kupienia butelki wody albo do wejścia do metra. Ale, tak naprawdę, to nie jest ważne do czego stoisz, ważne, że stoisz. Kolejka to kolejka.

Czasem aż człowiek chciałby przystanąć w tej kolejce (jakiejkolwiek), bo myśli, że traci coś wyjątkowego, tylko po prostu jeszcze tego nie zrozumiał. Stanąć, zadumać się i czerpać dziką radość z faktu stania w kolejce. Oczywiście w ciszy, nieruchomo, bez zbędnej mimiki, tak, żeby nie wprowadzać niepotrzebnego chaosu ani nikomu nie przeszkadzać.

Przeprowadzka

Największym minusem naszego nowego mieszkania jest to, że w kuchni nie ma panelu do włączania wody w wannie i nie mogę małżonkowi przygotować gorącej kąpieli gdy szykuję mu zbilansowaną kolacje składającą się z 6 dań. Nie czuję się już pełnowartościową kobietą… Plusem albo minusem, bo jeszcze nie odważyłam się spróbwoać, jest opcja masażu w toalecie. Panel ma też instrukcje po angielsku, więc nie ma mowy o pomyłce. Dla jasności: toaleta w Japonii to stan umysłu. A już na pewno zasługuje na osobny post.

No i dochodzimy do plusów, którym jest tradycyjny japoński pokój wyłożony matami tatami, zrobionymi ze słomy ryżowej. Nowe maty mają specyficzny zapach. Mogłabym go określić jako smród, ale dyplomacja to moje drugie imię. Wielkości pokoju tatami nie mierzy się w metrach kwadratowych, a w liczbie mat, które można w nim rozłożyć. Maty są zamontowane na stałe. Japończycy w pokojach tatami śpią, rozkładając na noc futony, tradycyjne japónskie materace. W pokoju tatami jest zawsze wielka szafa, do której futony chowa się na dzień. My, jako, że jesteśmy z Polski, w szafie mamy wszystko, co nie zmieściło się gdzie indziej. Ale żeby tradycji stało się zadość, wpakowaliśmy tam też futony. Dbamy o japońska tradycję.

Na zdjęciu Bombelek dumnie prezentuje pokój tatami, sprawdzając jednocześnie czy Japończycy nie spartolili roboty montując maty. Mówi, że może być, chociaż ewidetnie jedna mata była kładziona po kielichu.

Palenie

Japonia jest bardzo restrykcyjna jeśli chodzi o palenie na ulicy. „No smoking while walking” głoszą hasła na chodnikach w Tokio. Dziwnym trafem, są tylko po angielsku. Czyżby dla nieokrzesanych turystów? 🤔 Nie… niemożliwe.

Palacze gromadzą się więc w wyznaczonych miejscach i tylko tam mogą truć się nawzajem. Idea słuszna, doceniam. Z tym, że jest, powiedzmy, nieznaczne, ale jednak, niedociągnięcie w prawie. Otóż jaranie na ulicy to zło, ale w knajpach tak jakby już niekoniecznie.

Jeszcze rok temu można było palić w restauracjach. Relaksujący obiad składał się więc z siorbającego kluski sąsiada z jednej i jarającego jegomościa z drugiej. Wymarzony ąturaż. Wszystko za darmoszkie, oprócz jedzenia, oczywiście.

Obecnie w knajpach palić nie można. No… chyba że w oddzielnej sali (czasem ta „sala” to stolik obok) albo w tej samej tylko w wyznaczonych godzinach. Bo przecież smród z fajek nie osiada dookoła i cudownie między 11 a 14, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki znika. I to właśnie, moi Drodzy, jest magia Japonii.

Zagospodarowanie terenu

Jeśli zastanawialiście się jak mieszkańcy Tokio i okolic, w którym mieszka tyle samo ludzi co w Polsce (chodzi o tzw. Great Tokyo) radzą sobie z przestrzenią w przypadku budowy domu, to mogę Wam powiedzieć, że radzą sobie świetnie.

Znajomi Japończycy ostatnio kupili pod Tokio działkę pod budowę domu, 150 metrów kwadratowych. Słownie: sto pięćdziesiąt. Tak, to jest wielkość działki. Nie zapomniałam o jednym zerze.

Zresztą to też jest wielkość domu (dwupiętrowego), także będą mieli do zagospodarowania całkiem pokaźny kawałek działki. Myślę, że spokojnie zmieszczą altankę, oczko wodne, koniecznie ze sztucznym łabędziem, 2 krasnale i trampolinę dla córki. A przy tym, będą mogli sąsiadowi 👋 albo pokazać 🖕z bliska (zależy od sąsiada) każdego ranka. Milusio.

*Wszystkie teksty pochodzą z naszego Instagrama i/lub Facebooka, gdzie oczywiście, okraszone są zacnym zdjęciem lub wideo.

Dodaj komentarz