Czy można pozazdrościć Japończykom podejścia do nagości?

Kilka dni przed powrotem do Polski, rzutem na taśmę, udało nam się pójść do onsenu. Takiego z prawdziwego, japońskiego zdarzenia. Bo owszem, bywaliśmy już w takim przybytku, ale był on trochę oszukany. A raczej część z której korzystaliśmy, czyli pozwalająca na noszenie kostiumów i wspólne kąpiele kobiet i mężczyzn. Bowiem tradycyjny onsen takiego lamusiarstwa nie przewiduje. Wręcz przeciwnie, podział na płcie i kompletna nagość jest jak najbardziej na miejscu. I właśnie w takim momencie człowiek orientuje się, że coś tu nie gra. No właśnie tu, czyli w Japonii czy tam, czyli z kraju, z którego przyjechaliśmy?

Nagość na zachodzie

Nagość w zachodniej kulturze jest niezwykle przewrotnym tematem. Jak się okazuje, z jednej, banalnej przyczyny: każdy obraz nagości podszyty jest seksualnością. Wszystko, jak leci, wrzucamy do jednego, seksualnego wora. I tak, karmienie piersią to kuszenie cudzego męża w celu zaciągnięcia go do łózka, kąpanie się z małym dzieckiem tudzież nagie dziecko na plaży – pedofilia, branie nago prysznica przed albo po wyjściu z wody na publicznym basenie – zboczenie. Jeśli już widzimy nagie ciała, co jak wiadomo jest ciężkim grzechem i nie powinniśmy do tego dopuścić, są one zazwyczaj prezentowane w aspekcie seksualnym. A nawet, jeśli nie taki był zamysł, to my i tak szybko to sobie z seksem połączymy. Bo tak zostaliśmy wychowani. Jeśli kąpiel to tylko w samotności, a jeśli pokazanie się dziecku, to tylko ubranym od stóp do głów. W końcu nie jesteśmy zboczeńcami! Nie ma co generalizować, ale w wielu krajach właśnie tak temat nagości jest postrzegany. Niestety.

Nagość w Japonii

Nagość w Japonii to również złożony temat. Choć dopiero względnie od niedawna, zapewne z racji zachodnich wpływów, co raz mocniej łączony z seksualnością. Przez długie lata, nagość i seksualność były jednak w Japonii dwoma odrębnymi tematami. A co w tym wszystkim najgorsze, nagość nie była traktowana jako coś grzesznego i niedopuszczalnego. W związku z tym, w Kraju Kwitnącej Wiśni, o zgrozo! rodzice kąpią się z dziećmi, organizowany jest tzw. naked festival, podczas którego skąpo ubrani mężczyźni kąpią się w zimnej wodzie w ramach festiwalowego rytuału, a znajome, zamiast wybrać się na kawę, idą na relaks do onsenu, w którym, uwaga! są nagie. Nie robią oczywiście z tego wielkiego halo, bo jest to dla nich tak naturalne, jak wspomniane wyjście do kawiarni. A może nawet bardziej, bo kawiarnie w Japonii wcale znowu takie popularne nie są. Japonki, od najmłodszych lat właśnie w taki sposób spędzają czas w damskim gronie. Wizyty w onsenie koleżanek, córek i matek, w wieku nastoletnim albo dorosłym, to zupełnie normalna sprawa. Dla mnie, wyjście do gorących źródeł to było wydarzenie ostatnich miesięcy. Dla Maćka – ostatnich lat. Pewnie, gdyby nie powrót do Polski i szalejąca pandemia, oznaczyłabym je w kalendarzu czerwonym serduszkiem, czyli jako najważniejsze. W końcu dwa wpisy w naszych mediach społecznościowych o tym traktowały. Dla naszych japońskich znajomych, którzy do onsenu nas zabrali, było to normalne jak kolacja. Ot, punkt dnia do zaliczenia. Poczułam się jak zacofany dzikus. Znowu.

Ale kiedy już do onsenu weszłam, to popłynęłam z prądem. W przenośni i dosłownie. A potem już tylko podziwiałam. To, jak bardzo nagość dla Japonek jest naturalna. I jak bardzo są z nią oswojone. Żadna z nich nie przemykała na złamanie karku z ręcznikiem zasłaniającym części intymne między przebieralnią, toaletą, prysznicem i dwoma źródłami. A taki plan początkowo miałam ja (na szczęście w ostatniej chwili poszłam po rozum do głowy). I tak, każda kobieta w swoim tempie, zazwyczaj wolnym, w końcu to Japonia, siedząc na małym plastikowym stołeczku, dokładnie myła ciało przed wejściem do gorącego źródła. Potem, również nieśpiesznie, kierowała się do akwenu, żeby tam, relaksować się z widokiem na Fuji. W ciszy albo w akompaniamencie rozmów prowadzonych niegłośno. Niekoniecznie tylko ze znajomymi, bo pytania o to skąd jesteśmy nie ominęły nas nawet tu. Co jeszcze bardziej pokazało jak naturalna jest cała sytuacja. Zachęcona tymi wcale nie nieśmiałymi podrygami, aż miałam zapytać o przepis na dobre miso. Ale w ostatniej chwili się powstrzymałam. Tak czy siak, jeśli w Japonii można gdzieś doświadczyć zen, to właśnie w onsenie. Najlepiej małym, lokalnym.

Czy jest czego zazdrościć?

W skrytości mojego serca, bardzo zazdroszczę Japonkom owego podejścia do kwestii nagości we własnym gronie. Dzięki niemu, od najmłodszych lat i na każdym etapie swojego życia, doskonale wiedzą jak wygląda ciało innej dziewczynki, nastolatki, kobiety w ciąży, po ciąży, dorosłej czy dojrzałej. Szczupłej czy przy tuszy. Niskiej czy wysokiej. Są w pełni świadome, że tych ciał jest cała masa i każde z nich jest inne.

Japońskiej kultury nie ominęła seksualizacja. Porno-mangi dostępne są w każdym sklepie typu konbini, a następnie, bez żadnej żenady, czytane w komunikacji miejskiej. W rozrywkowych dzielnicach dużych miast, plakaty z półnagimi kobietami, często stylizowanymi na postacie z mangi, uchodzące w japońskiej kulturze za idealne, można spotkać na każdym rogu. Ogólnie rzecz biorąc: podobnie jak w kulturze zachodu, nie dzieje się dobrze. Różnica jest jednak zasadnicza: od najmłodszych lat, Japonki wiedzą, jak wygląda ciało innej kobiety i że daleko im do prezentowanego na każdym kroku ideału. Przynajmniej w to chcę wierzyć. Na zachodzie natomiast, gdzie nagość jest zła, a nasze własne ciało możemy porównywać jedynie z tymi lansowanymi przez media: dziwnym trafem zazwyczaj pięknymi, młodymi, szczupłymi i wysportowanymi, ciężko z rozwagą podejść do tematu. Bez względu na wiek. Zapewne te promowane ciała istnieją w rzeczywistości. A przynajmniej chcę mocno ufać, że nie są w tej samej kategorii, co różowe jednorożce latające w okolicach tęczy z waty cukrowej. Ale prawda jest taka, że nie tylko takie ciała mają kobiety. I mężczyźni. Bo mimo, że nie mówią o tym otwarcie, im też doskwierają zbędne kilogramy, brak idealnej sylwetki i pojawiająca się znienacka łysina. W końcu fryzura na pożyczkę nie wzięła się znikąd.

W czasach kiedy edukacja seksualna to temat rozgrzewający do czerwoności, w Japonii wydaje się być rozwiązany w naturalny sposób. Chociaż zapewne nie do końca biorąc pod uwagę kulejącą czułość, szacunek i wszechobecny dystans. Ale przynajmniej część pracy domowej z zajęć edukacji seksualnej może być odrobionych w nienachalnych, zupełnie naturalnych warunkach.

Daleko nam od gloryfikowania japońskiej kultury i zwyczajów. Japonki tez poddane są całej masie oczekiwań względem wyglądu, które muszą spełniać: ubiór, makijaż, zachowanie. Nie są wolne od narzuconych wymagań współczesnego świata. Podejście do tematu seksu też pozostawia w Japonii wiele do życzenia. Ale zwłaszcza nastoletnia ja, zdecydowanie bardziej chciałabym wiedzieć i widzieć na własne oczy, jak moje ciało kiedyś się zmieni. I niekoniecznie będzie wyglądać jak na teledysku amerykańskiego rapera. I to też będzie spoko.

Dodaj komentarz