Jak wygląda tajfun w Japonii

Japonia, oprócz niewielu zalet ma też wiele wad. Z racji położenia nawiedzają ją i trzesięnia ziemi i tajfuny. Żadne z tych zjawisk nie jest przyjemne. Ciekawe do przeżycia? Owszem. Ale tylko raz. I to dopóki nie radzą nalać Ci wody do wanny, bo może ją wyłączą na kilka dni i warto mieć trochę zapasu do, choćby, opróżniania toalety. Podejrzewam, że kąpiel w takiej sytuacji jest sprawą drugorzędną. Na szczęscie, nie musieliśmy tego sprawdzać.

Tajfuny w Japonii

Sezon tajfunów w Japonii trwa od maja do października. Przy czym najsilniejsze występują między sierpniem a wrześniem. Wczoraj Japonię nawiedził super tajfun, który w ciągu kilku dni spowodował ogromną panikę w Kraju Kwitnącej Wiśni i niestety, w niektórych rejonach również poważne szkody. Hagibis (z filipińskiego szybkość), bo taką otrzymał nazwę, był 19-tym i najsilniejszym tajfunem w tym sezonie.

Niestety, Japończycy są bardzo przewrażliwieni na punkcie tajfunów. Trudno im się dziwić, ale powoduje to iż, po pewnym czasie, informacje o tajfunie traktuje się jak wiadomość o zamkniętej piekarni: trudno, trzeba przeczekać jeden dzień bez pieczywa. Tajfunów przeżyliśmy już kilka. Na początku spodziewałam się czegoś strasznego, ale głównie kończyło się na bardzo silnym wietrze i opadach. Przynajmniej u nas. Poza tym, każdy kolejny tajfun zapowiadany jest jako najgroźniejszy w sezonie. Po kilku razach, zaczyna się więc podchodzić z rezerwą do tych wiadomości. Zwłaszcza, jeśi nic w okolicy się nie dzieje albo nie utknie się na zamkniętym na kilkanaście godzin lotnisku, jak to było w przypadku poprzedniego tajfunu, który uderzył w Tokio we wrześniu. Nigdy jednak nie było jeszcze tak hardkorowo, jak przed Hagibisem.

Hagibis

Uderzenie tajunu w regionie Kanto, w którym leży Tokio, przewidywane było na sobotę wieczór. Z tym, że droga i siła tajfunu zmienia się zawsze bardzo dynamicznie. Hagibis w bardzo krótkim czasie przekształcił się z niegroźnego tajfunu w super niebezpieczny. Zmieniały się więc przewidywania odnośnie siły uderzenia (w pewnym momencie porównwylny był z Dorianem, który uderzył w tym roku na Bahamach i z Katriną, która kompletnie zniszczyła Nowy Orlean w 2005 r.) oraz jego czasu (dzień i godzina uderzenia). Od czwartku trwały więc już gorączkowe przygotowania. W piątek bardzo ciężko było już w sklepach znaleźć wodę. Jedzenie niewymagające gotowania, typu pieczywo, które na co dzień Japończycy nie kupują jakoś oszalale, żywność w puszkach, dania instant, warzywa, tofu (co ciekawe, u nas o tofu nawet nikt by nie pomyślał), przekąski, nawet chipsy były wymiecione ze sklepowych półek. Do tego ogromne kolejki. W takiej sytuacji, nawet, jeśli człowiek wie, że Japończycy mają tendencję do panikowania, zaczyna się stresować i też zaczyna robić zapasy. Oczywiście, za późno, ale liczy się intencja.

Zresztą, ponoć Hagibis miał być wyjątkowo silny. Znajomi Japończycy nie pamiętają takich prognoz przy okazji żadnego tajfunu. Polecano zrobić zapasy jedzenia na kilka dni, głównie wody pitnej, nalać wody do wanny, której będzie można użyć do toalety, zakleić okna taśmą, żeby zabezpieczyć je przed wypadnięciem, zatankować samochód, naładować telefony i inne sprzęty z racji ryzyka odcięcia prądu. Przed niektórymi sklepami i restauracjami poukładano mini wały przeciwpowodziowe w postaci worków z piaskiem. W sobotę zamknięto supermarkety, punkty usługowe i atrakcje turystyczne. Nie działała komunikacja miejska. Informowano, że można udać się do jednego z przygotowanych centrów ewakuacyjnych. W niektórych miejscach ewakuacja nie była przymusowa, ale zalecana. U nas na przykład, był komunikat o przygotowaniu się do ewakuacji. Dla ludzi starszych był ona zalecana. Jednym słowem, nie wyglądało to kolorowo. Nawet dla nas, którzy z dystansem podchodzą do wieści o tajfunie.

Przewidywania były tragiczne. Początkowo to silny wiatr był największy, zagrożeniem. Jednak finalnie, najbardziej obawiano się powodzi.

Ostatecznie, u nas strasznie padało i wiało. Wiatr hulał z prędkością 150 km/h, w porywach do 200 km/h. Szyby drżały jak opętane. Chwilami miałam ochotę zamknąć się w tatami room, który nie ma okien, żeby nie słyszeć wiatru. Bałam się, że coś wpadnie przez szybę z impetem, rozwalając nam okna i głowy. Albo, że wyleje woda z zatoki tokijskiej (mieszkamy jakiś kilometr od niej, na parterze) i zaleje nas ogromna fala. Ogólnie jestem czarnowidzem, więc scenariusze w mojej głowie były różne. Połowa nadawała się na film katastroficzny. Słaby, ale jednak. Do tego jeszcze, w trakcie tajfunu, jakby tego było mało, przypałętało się trzęsienie ziemi. Nie jakieś super mocne, ale jednak odczuwalne. Jednym słowem: niezłe combo przy sobotnim wieczorze. Po co komu imprezy w takich sytuacjach? Emocje bez wychodzenia z domu. I to za darmoszkę. Na szczęście, nic się nie stało. Trochę liści na balkonie, białe od soli i piachu okna, parę wywalonych rowerów przed blokiem. To wszystko.

Niestety, nie wszędzie było tak spokojnie i nie wszyscy mieli tyle szczęścia co my. Dla wielu osób, Hagibis w skutkach był dramatyczny. Nie czuję się kompetenta do robienia szczegółowego bilansu, ale w sumie, na ten moment, w wyniku tajfunu, zmarło 18 osób, zaginęło 13, a rannych jest 149. Do tego, ekstremalnie wysokie stany wód, liczne podtopienia, brak prądu w 400 000 gospodarstwach domowych (do tej pory nadal 100 000 go nie posiada), ewakuacja, która objęła 7 milionów osób (brak informacji o dokładnej liczbie ewakuowanych, jako, że ewakuacja w Japonii jest dobrowolna). Prawdopodobnie, liczba ofiar będzie rosła. Ponadto, trzeba doliczyć ogromne straty materialne. Nie wspominając o zamkniętych lotniskach i ogólnym paraliżu komunikacyjnym. Wprawdzie Hagibis nie był tak dramatyczny jak początkowo przewidywano, ale nadal pozostaje jednym z najsilniejszych tajfunów, które uderzyły w region Kanto.

System ostrzegawczy

W przypadku zagrożeń Japonia ma świetnie rozwinięty system ostrzegawczy. Przede wszystkim, w całym kraju, w małych mieścinach, ale też w wielkich metropoliach, zainstalowane są głośniki na przeróżnych budynkach. W momencie zagrożenia, informacje podawane są właśnie poprzez sieć ostrzegawczą. Wczoraj, po raz pierwszy odkąd jesteśmy w Japonii (prawie półtora roku), system ostrzegawczy został użyty właśnie w takim celu. Do tej pory, z głośników słyszeliśmy jedynie codzienny komunikat o 17:00, zwiastujący koniec zabawy dla dzieci. W momencie kiedy nie ma prądu, dostępu do TV i innych urządzeń elektronicznych, jest to idealne rozwiązanie. Niestety, informacje podawane są wyłącznie po japońsku. Zatem my, akurat wiele na nich nie korzystamy, oprócz dodatkowej paniki, że coś się dzieje, ale nie wiemy co. Zresztą, to najbardziej mnie stresuje w takich sytuacjach, przy okazji mieszkania w Japonii. Mam wizję, że wszyscy będą uciekać gdzie pieprz rośnie, a my odcięci z jakiegoś powodu od telefonu, wiadomości po angielsku i japońskich znajomych, będziemy jak te osły siedzieć w domu. No cóż… Cena za nieograniczony dostęp do sushi i ramenu 24 h na dobę. Trochę wysoka. Ale mam nadzieję, że moja wizja nigdy się nie ziści.

Oczywiście, na biężąco można śledzić informacje w telewizji. Czasem dostępne są też po angielsku, jak np. wczoraj. Dodatkowo, na każdy telefon zrejestrowany w japońskiej sieci, przychodzą ostrzeżenia, o np. ewakuacji. Taki komunikat otrzymaliśmy wczoraj. Niestety, tylko po japońsku, ale zawsze można go sobie przetłumaczyć, żeby uzyskać ogólny sens informacji. Wczorajsza wiadomość informowała o 3 stopniu zagrożenia, które przewiduje ewakuację osób starszych. Co ciekawe, nawet przy wyciszonych dźwiękach w telefonie, urządzenie wyje jak opętane w momencie odbioru wiadomości. Podobnie jest w przypadku silniejszych trzesięń ziemi.

Dziś, dzień po tajfunie, od rana piękne, niemalże palące słońce. Prawie 30 stopni. Niebieskie niebo. Wprawdzie jeszcze wieje, ale gdyby nie lekki bałagan za oknem, ciężko byłoby uwierzyć, że parę godzin wcześniej był super tajfun. Japończycy szacują straty. Niedługo dowiemy się jakie spusztoszenia wyrządził Hagibis. Oby, nie były tak dramatyczne, jak przewidywano.

Dodaj komentarz