Zaskakujące japońskie rozrywki #2

Jeśli myślicie, że Japończycy zadowalają się jedynie love hotelami, salonami gier i maid cafe, to się grubo mylicie. Ułańska fantazja to pikuś w porównaniu do tej japońskiej. Przynajmniej, jeśli chodzi o rozrywki. Nie ma, że boli. Nie ma, że dziwne. Ganbatte* i do przodu! Japoński paszport zobowiązuje!

Disneyowskie parki rozrywki

W Japonii, pod Tokio, są dwa disneyowskie parki: tradycyjny Disneyland i bardziej oryginalny Disney Sea. Można by pomyśleć, że rozrywka jak rozrywka. Cóż w tym dziwnego?! Ano nic, pod warunkiem, że taki park odwiedza się raz na kilka lat. No niech nawet będzie raz w roku. Ale nie kilkanaście. Do parku można kupić roczne wejściówki, które dają nieograniczony wstęp i Japończycy z tego korzystają. Bardzo sumiennie. Nawet kilka razy w miesiącu. Ale co się dziwić? Skoro zapłacone. Polak też by nie odpuścił.

Japończycy mają bzika na punkcie wszystkiego, co jest kawai, czyli słodkie. A Disney i jego większość postaci jest kawai do bólu. Dlatego w Kraju Kwitnącej Wiśni na Disneya i disneyowskie parki jest szał. Są nawet specjalne blogi im poświęcone, gdzie codziennie można znaleźć najświeższe newsy, np. gdzie warto zjeść, w którym sklepie przerżnąć połowę pensji. Co poniektórzy blogerzy do parków chodzą codziennie (C-O-D-Z-I-E-N-N-I-E), żeby być na bieżąco z tym co się dzieje. Mniej to wszystko dziwi, mając na uwadze fakt, że zazwyczaj każdy Japończyk ma swoją ulubioną disneyowską postać. I nie jest to raczej wszystkim znana, wyświechtana Myszka Miki. Japończycy, w tej kwestii, mierzą dużo wyżej.

Kolejki w obu parkach są gigantyczne. Ale nie, że pół godziny stania. Zdarzyło nam się stać w kolejce 2 godziny! Z resztą, do wielu atrakcji trzeba tyle czekać. Fast passów, które umożliwiają wejście bez kolejki (w Japonii oznacza to raczej krótszą kolejkę niż jej brak) bardzo często nie można pobrać już koło południa, bo wszystkie sloty czasowe są zajęte. Ale to zupełnie nie zraża Japończyków ani do przychodzenia do parków, ani tym bardziej do korzystania z atrakcji. Zresztą, dla nich stanie w kolejce to sama frajda. Kto wie, może nawet bardziej niż przejazd rollercoasterem, do którego w niej czekają.

Bardzo często goście parku przebierają się za postaci z bajek. Ale nie mówimy tu o założeniu uszu Myszki Miki. Oni mają kompletne stroje. Łącznie z perukami, a nawet soczewkami, na przykład w przypadku disneyowskich księżniczek. Przyznam, że Japonki w tych kolorowych soczewkach wyglądają dość przerażająco i gdyby taka księżniczka obudziła mnie w nocy, to raczej wywołałaby efekt odwrotny do zamierzonego. Przy czym zakładam, że jej celem jest zachwycić wszystkich swoim wyglądem. Zresztą panowie bardzo chętnie przebierają się za księciów, aby dotrzymać godnego towarzystwa swoim wybrankom. Normalnym są też grupy znajomych przebranych za kilka rożnych postaci z tej samej bajki. Aaaa bo ja chyba nie sprecyzowałam, że to nie przebierają się dzieci, ale dorośli ludzie. Raz widziałam całą rodzinę przebraną za postacie z Alladyna: ojciec – Alladyn, wiadomo, matka – Dżasmina, a kilku miesięczne dziecko – Abu, czyli małpka głównego bohatera. Przyznam, że wyglądali uroczo. Podziwiałam z ich ukrycia i za majstersztyk i za to, że jeszcze nie spłonęli w tych plastikowych strojach przy temperaturze 40 stopni. Ale czego się nie robi dla bycia kawai

W okresie Halloween ludzi ogarnia jeszcze większy przebierankowy szał i w obu parkach, większość gości paraduje jako disneyowska postać. Japończycy bowiem Halloween traktują bardzo serio. A w połączeniu z miłością do Disneya, jest to mieszanka wybuchowa. W granicach rozsądku, oczywiście. W końcu to nadal Japonia.

Paczinko

Pachinko to hazadrowa obsesja Japończyków. Ponoć w paczinko nagina ich 30 milionów, czyli jakaś 1/4 społeczeństwa. A grać jest gdzie, bo w sumie, w Japonii jest 11 milionów salonów paczinko. Czyli nawet jek chce się je ominąć szerokim łukiem, to i tak się na nie trafi. Jest to dość interesujące, biorąc pod uwagę fakt, że hazard w Japonii jest nielegalny. Ale spokojnie. W paczinko nie można wygrać nagród pieniężnych. A przynajmniej nie bezpośrednio. Bowiem za samą wygraną, w salonie można zgarnąć gadżet typu długopis czy inne badziewie. Dopiero po wyjściu z paczinko, idzie się do specjalnego okienka, w którym badziewie wymienia się na kasę. Czyli wszystko zgodnie z prawem. Zwycięzca przecież żadnych pieniędzy nie wyniósł ze sobą z salonu gier. Proste. Japończycy nie łamią zasad, ale omijać to potrafią je całkiem zacnie.

Ponoć w latach 90-tych, w okresie największego bumu na paczinko, były przypadki dzieci, które umierały w samochodach, czekając na swoje matki, grające przez kilka godzin w paczinko. To kobiety są bardzo często targetem kampanii reklamowych paczinko, jako, że to one mają więcej czasu i pieniędzy (to żona w domu trzyma kasę) niż ich mężowie. Osobiście znam jednego pana, którego małżonka (już była) przewalała kasę na paczinko. Nie są więc to historie wyssane z palca. Na szczęście, nie mieli dzieci…

A o co ten szał? W sumie nie wiem. Bo w paczinko graliśmy tylko raz. Przerżnęliśmy na jednej grze 500 jenów, czyli jakieś 17 PLN, nie wiedząc do końca co się wydarzyło i na tym się skończyło. Jednym słowem, na nas nie zarobią. Z grubsza, paczinko to połączenie jednorękiego bandyty i pinballa, tylko bez flipperów. Zadaniem gracza jest doprowadzenie kulek do otworu. Zaś jego jedyna rola to przekręcenie pokrętła po którym, kulki wlecą na planszę.

Ale kogo tam interesują zasady. Najważniejszy jest klimat salonów paczinko. Kilkanaście rzędów automatów, przy każdym, zahipnotyzowany Japończyk, który poza maszyną nie widzi świata, do tego japońska, głośna popowa muzyka nawalająca z głośników i oszałamiający huk kulek. Czysty relaks. Aż ciśnie na krótką drzemkę. Nie wiem jak w takim klimacie można wytrzymać dłużej niż parę minut, ale widać da się. Paczinko nie jest też miejscem, gdzie znajdzie się drugą połówkę, bo nikt tam się do nikogo nie odzywa. Chociaż… może to i lepiej. A przecież wspólna pasja łączy prawie tak samo jak kredyt mieszkaniowy.

Jak już pisałam, hazard w Japonii do 2018 roku był nielegalny. W zeszłym roku uchwalono jednak ustawę przewidującą jego legalizację. Ale nie, że tak po prostu, nagle pobudują kasyna gdzie popadnie. Szanujmy się. Ustawa przewiduje stworzenie 3 resortów, które oprócz hoteli, sal konferencyjnych i różnorodnych rozrywek, będą miały też kasyna (po jednym na każdy resort). I to właśnie w nich, będzie można wygrać najprawdziwsze pieniądze. Obecnie, japońskie miasta walczą o przygarnięcie resortów, upatrując w tym, całkiem słusznie, dochodowego biznesu. Jak nic, przydałby się im jakiś ogarnięty Janusz z polski, żeby tym zarządzać.

Jak widzicie, nie jest łatwo być Japończykiem. Ale, że naród jest uparty, konsekwentny w działaniu i z reguły, nie odpuszcza, to całkiem świetnie sobie radzi, żeby kultywować uznane rozrywki, bez względu na cenę.

*Ganbatte – daj z siebie wszystko, w wolnym tłumaczeniu nie pękaj na robocie

2 Replies to “Zaskakujące japońskie rozrywki #2”

  1. Jestem właśnie pierwszy raz w Japonii i zajrzałam z ciekawości do takiego salonu paczinki. Tego nie da się odzobaczyć i odsłyszeć. Ludzie wyglądają jak zombie, grając w tym nieziemskim hałasie. A jarali tam tak, że smród tytoniu czuć było przed otwarciem drzwi do tego przybytku szczęścia. A sala miała 1000 miejsc!!! Pozdrawiam serdecznie autorkę bloga, bardzo lubię go czytać. Przydał mi się bardzo przed wyjazdem do Japonii.

    1. 🙂 Czyli sama przyjemność 😉 Prawda, że widok jest niesamowity! Dziękujemy za miłe słowa. Super wiedzieć, że komuś te informacje się przydają! Udanego pobytu i wielu niezapomnianych wrażeń 🙂

Dodaj komentarz