Ekologia po japońsku

Nie jesteśmy eko-szaleńcami, którzy blokują budowy dróg, nie należymy do Greenpeace, nie unikamy latania samolotami, bo to niszczy środowisko. To tak tytułem wstępu, żeby było jasne. Jesteśmy zwykłą, przeciętną, polską rodziną mieszkająca w Japonii. Ot i tyle. Nie będziemy Was więc namawiać do zmiany stylu życia na bardziej eko (chociaż pomyślcie o tym ;)), bo sami nie świecimy przykładem. Ale wiemy, że warto zachować zdrowy rozsądek w kwestii ekologii. Dla wspólnego dobra. My staramy się praktykować dobre przyzwyczajenia każdego dnia. Różnie nam to wychodzi. Ale zdecydowanie, mieszkanie w obsesyjnie segregującej śmieci Japonii, wbrew pozorom, wcale nam nie pomaga.

Kraj Kwitnącej Wiśni do perfekcji opanował segregację śmieci, która jest tu bardzo restrykcyjna. Nie ma zmiłuj. Nawet etykietka z plastikowej butelki musi być zerwana przed wyrzuceniem tej drugiej do przeznaczonego na nią pojemnika. Japończycy są do tego stopnia wyszkoleni w segregacji śmieci, że jeśli, ku zdziwieniu i zszokowaniu wszystkich, w budynku mieszkalnym dla przykładu, wykryte zostaną jakieś nieprawidłowości, na pierwszy ogień idzie gaijin. A właściwie dzikus, który w swoim kraju zapewne wyrzuca szkło z papierem do jednego i tego samego pojemnika. Blokowe śmietniki to duże pomieszczenia z często dokładnymi rozpiskami gdzie, co i przede wszystkim jak wyrzucać. Zresztą śmieci nawet nie można pakować do jakiegokolwiek worka. My musimy kupować specjalne, dedykowane naszej okolicy worki na śmieci. Pewnie tak dochodzą do tych niesfornych dzikusów co to razem papier i butelki… Już drugi raz mi to przez gardło nie przejdzie!

No i wszystko spoko, bo segregacja śmieci jest ogromnie ważna tylko, że…

…plastikowe siatki

Plastikowe siatki są wszędzie. Ale nie że wszędzie, a WSZĘDZIE. A wierzcie mi, to robi różnicę. Podczas gdy w Europie wydawane są zakazy używania plastikowych siatek w sklepach, w Japonii tymczasem hulaj dusza piekła nie ma. Można się w te siatki nawet ubrać i nikogo to nie zdziwi. Torbę wielorazowego użytku w ciągu niemalże dwóch lat w realnym użytku widziałam może kilka razy. Na pewno na zliczenie owego, nie bójmy się użyć tego słowa – incydentu, wystarczyłyby mi palce obu rąk. Ale plastikowa siateczka na zapakowanie wszystkiego? Ależ proszę bardzo. I pisząc „wszystkiego” nie mam na myśli zakupów żywności na kilka dni, a np. paczkę gum do żucia. W końcu jak inaczej wygodnie nosić paczkę gum do żucia jak nie w plastikowej siatce trzymanej w ręce. Wiadomo. Jak tylko sprzedawca zaczyna mi pakować tego typu rzecz w tę znienawidzoną siatkę, to mam ochotę mu powiedzieć tak po prostu, po ludzku: kurwa, serio? No ale i tak by nie zrozumiał. Nie, że ideologicznie, tylko językowo. Robię więc tylko nieudaną minę mającą na celu wyrażenie dezaprobaty i grzecznie dziękuję za siatkę. On zapewne to samo „kurwa, serio?” mówi sobie wtedy w swojej głowie z przyklejonym do twarzy sztucznym uśmiechem. No i robi nam się z tego taki bezgłośny, typowo japoński small talk.

…pakowanie produktów

Podejrzewam, że w Japonii jest jakieś feng shui pakowania produktów, bo takie praktyki nie mogą nie mieć żadnego sensownego podłoża. Jeśli bowiem myślicie, że jakaś rzecz może być zapakowana w jedno foliowe opakowanie, to życia nie znacie.

Weźmy takie choćby ciastka. Pierwsze lepsze, żadne tam ekskluzywne. Zapakowane są one w co najmniej dwie warstwy. A czasem nawet i trzy. Bo w końcu kto bogatemu zabroni. Nie licząc, oczywiście, tacki. Ta żyje zupełnie swoim życiem. Wracając do sedna, przede wszystkim, ciastka pakowane są indywidualnie. I tak, dokładnie, chodzi mi o to, że każde ciastko zapakowane jest osobno. Czasem w grupach po 2, 3 ale bez przesady. Tłok nie jest wskazany. Następnie, ciastka układane są na plastikowej tacce. Wiadomo, porządek musi być. W końcu to Japonia. Tu nawet ciastko musi znać swoje miejsce w szeregu. No i wreszcie, grande finale, ciastka jak jedna wielka rodzina, zapakowane są w końcowe, wspólne opakowanie. Aż łzy wzruszenia spływają mi po pliczku…

Wcale nie lepiej ma się sprawa z innymi rzeczami. Np. serem camembert, przy czym camembert mogłoby być zastąpione dowolnym słowem, bo w przypadku tego produktu, nic ono nie oznacza. A więc ten sero podobny produkt, na który się nacięliśmy z tęsknoty za Europą, jest zapakowany w tyle badziewia, że nie wiem czy bez tytułu magistra jest w ogóle sens zabierać się za jego otwarcie.

O wyjątkowo pieczołowitym pakowaniu pieczywa w piekarni, które również jest wyższą szkołą jazdy, pisałam już tu.

A na koniec, wisienka (i to dosłownie) na torcie (w przenośni): owoce. I warzywa. Dla nich nie ma litości. Taka np. cytryna albo choćby, bogu ducha winna, cebula potrafi być zapakowana w plastikową folię. Sama. Jedna jak palec. Może chodzi o to, że bez folii czułaby się naga? Ciężko powiedzieć. Ale owoce pakowane po jednej, dwie sztuki i owinięte folią to jest w Japonii rzecz tak samo powszechna jak brak znajomości języka angielskiego. Na szczególną uwagę zasługują też bliskie memu sercu obrane ząbki czosnku, każdy zafoliowany osobno, a jakże, we wspólne foliowe opakowanie.

…światła bloków mieszkalnych

Wiele bloków mieszkalnych w Kraju Kwitnącej Wiśni ma otwarte, niezabudowane klatki schodowe, np. nasz. Wyglądają one więc trochę jak amerykańskie motele: z ulicy można dojrzeć wejścia do wszystkich mieszkań budynku. Nie wiem czy akurat to jest tego powodem (podejrzewam, że tak), ale bloki są mocno doświetlone. Mocno oznacza tu ni mniej ni więcej tyle, że nad każdym wejściem do mieszkania, kiedy tylko robi się ciemno, non stop świeci się lampa. Do tego, również nieustannie, oświetlone są schody tychże budynków. Mamy więc taki trochę świąteczny klimat przez cały rok. Owszem, wygląda to bardzo uroczo. Ale tak jakby jest trochę nieekonomiczne i nieekologiczne. Tak mi się przynajmniej wydaje. Żeby nie było, czujniki ruchu w Japonii są dostępne. Ale jak widać, niemodne.

Jest nadzieja!

Na szczęście nie wszystko jest w tak opłakanym stanie jak dostępność i obecność plastiku. Choćby zanieszczyczenie powietrza w Tokio. Dzięki walce, między innymi, z silnikami Diesela i zastąpieniu ich hybrydami, jakość powietrza na przestrzeni ostatnich 20 lat bardzo się poprawiła. Ponadto, Japończycy bardzo dużo przemieszczają się na rowerach i korzystają z komunikacji miejskiej, co jest ogromnym plusem. Do posiadania samochodu, trzeba mieć bowiem miejsce parkingowe, co wcale nie jest oczywiste ani łatwe. Jednym słowem mówiąc: mocno zawęża grono właścicieli aut.

Może więc i powoli, bardzo nieśmiało, w kuluarach Japończycy dochodzą do wniosku, że ten plastik i te wszędobylskie siatki też wcale nie są takie dobre. Ba! Na pewno pojawił się już jakiś szaleniec, który nieśmiało, po cichutku zaproponował, żeby może je jakoś chociaż ograniczyć. A kto wie, może nawet w przyszłości wyeliminować. Ale to nie teraz. Nie tak na gwałt. Jak się człowiek spieszy, to wiadomo. Pośpiech nie jest dobrym doradcą. A tymczasem, posegregujmy jakieś śmieci.

4 Replies to “Ekologia po japońsku”

  1. Niewiele wiem o Japonii. Dzięki Wam ją poznaję. Za co bardzo dziękuję. Ten wpis mnie zatrwożył 🙁

    1. No ten temat ciekawy nie jest 🙁 Ale mamy nadzieję, że inne wpisy wzbudzają u Ciebie pozytywne emocje 🙂

    2. Pracuję w pewnym sklepie o owadziej nazwie i ze smutkiem donoszę, że w Polsce uwielbiamy siateczki fokiowe. Klienci pakują do nich wszystko. Zdarza się, tak jak w Japonii, że każdy owoc pakują osobno.

      1. O owadziej nazwie – pięknie to ujęłaś 🙂
        Co do siateczek, myślałam, że już się z tego wyleczyliśmy 🙁 Smutno to słyszeć 🙁 I zapewne te darmowe mają największe wzięcie… Ech…

Dodaj komentarz